UK, KRAKÓW, 2009

U.K. ...Hm...Pierwsze w tym roku źle zainwestowane pieniądze. Póki co największe rozczarowanie roku. Ale po kolei.

Zawsze byłem przeciwny reaktywacjom tego typu zespołów, ale skład który pojawił sie w Krakowie mocno mnie zaintrygował. Program koncertu wypełniły piosenki z dwóch płyt Crimson - Larksa i Reda  parę kompozycji U.K. plus solowe popisy każdego z członków zespołu.

Zacznę od plusów - Tony Levin - dla niego poszedłem na ten koncert. Gościa nie było słychać, stał z tyłu i akustycy chyba go nie widzieli. Levin jednak ma w sobie coś takiego, że wystarczy, że stoi. Miejscami miałem wrażenie, że dołączono go do składu tylko po to , żeby swoją osobą przyciągnął na koncert więcej ludzi.

John Wetton - Kolo śpiewa i gra jak 40 lat temu. Rewelacja, najmocniejszy punkt koncertu. Jak usłyszałem "Starless" to mi fajtnął.

Marco Minemann - Gdyby Żył Zappa jego pałkerem byłby Marco. Kolo wyszedł na scenę w plecaku i przez cały koncert miał banana na twarzy. Chyba jako jedyny ze składu bawił się muzyką. Jego kilkuminutowy popis solowy rozłożył na łopatki. Jeden z najbardziej melodyjnych perkusistów jakich widziałem. Z plusów to tyle.

Minusy: Zdecydowanie za dużo. Po pierwsze nasza narodowa specjalność. Koncert położony pod kątem nagłośnienia. Wspomniałem juz , że Levina słychać nie było. Marco miał tylko stopę, reszta gdzieś daleko. Całościowo za głośno i kompletnie bez zachowania właściwych proporcji. Żenada.

Muzycznie, no cóż ... Wszystko fajnie, ale po co? Greg Howe ( kompletnie niewpasowany do tego składu) odegrał nuta w nutę partie  Frippa i solówki Holdswortha. Nie słyszałem w tym ani jednego jego dźwięku. Eddie Jobson gra bardzo fajnie, ale co z tego skoro zagrał dokładnie to co umiał i grał 40 lat temu, trochę jego styl trącił myszką. Materiał stary jak średnia wieku na koncercie ( około 50 lat :). Zespół mało zgrany, nie mówię o babolach, które każdym sie zdarzają, ale o brzmieniu całości. Mało uśmiechów na twarzach no z wyjątkiem wariata Minemanna i  Levina :). Wersja utworu "Red" najgorsza jaką słyszałem w życiu. Na koniec cena biletu. 130 zł to lekka przesada za mocno już zakurzony U.K.

Konkludując: Wszytko spoko ale po co? Nie usłyszałem na tym koncercie ani jednego nowego dźwięku ( z wyjątkiem gry Minemanna). Wiem , że masa ludzi przyszła właśnie po to, żeby usłyszeć stare hity i im to wystarcza. Mnie koncert mocno rozczarował. Lepiej było zainwestować w dobre wino, ciapnąć se w foteliku i zapuścić "Larks Tongues in Aspic".

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Dodatkowe informacje