ULVER, Klub Studio, Kraków 22.02.2010

Wieść o wizycie norweskich eksperymentatorów mocno mnie zaskoczyła. Nie miałem pojęcia, że wrócili do koncertowania. W końcu ostatni gig dali w 1993 promując jeszcze te swoje nordyckie fantazje z pierwszych trzech longplayów. Nigdy nie nastawiałem się szczególnie na posłuchanie ich twórczości na żywo. Toteż njus o wizycie w Polsce, a dodatkowo w Krakowie postawił mnie w stan najwyższej gotowości. Wilki i Gawliński u nas - muszę być. Nie myślałem wówczas nawet o tym, że wśród publiczności z pewnością pojawi się multum gawiedzi spod znaku - jak to klasyk muzycznego cynizmu określa - Nostro Pompus.

Chyba przesiąkłem klimatem koncertu Darkjazz Ensamble, gdzie kulturka, krzesełka i kontemplacja były rzeczą wręcz naturalną. Cóż, ktoś wreszcie ściągnął mnie na ziemię i uświadomił, że są jeszcze w naszym kraju tacy ludzie, którzy wielbią Bergtatt, Kveldssanger i Nattens Madrigal i z chęcią machną głową dla szatana na koncercie zespołu, który od ponad dekady ucieka od etykiety, którą zdobył na początku swojej działalności. Podejrzewam, że Rygg jak i cała reszta mogą być w pewnym stopniu przynajmniej dumni z tych pierwszych dokonań.

Zdroworozsądkowo podchodząc do sprawy, setlisty dotychczasowych koncertów na trasie nie wskazywały na „sięganie do korzeni” więc nie było żadnych przesłanek do tego by spodziewać się specjalnego programu na krakowskim koncercie. Żyłem zatem marną nadzieją, że po wejściu do klubu Studio swobodnie będę mógł zająć miejsce siedzące i swobodnie wysłuchać występu Ulvera.

Cóż, nadzieja matką głupich, miejsc siedzących nie było, poza quasi-trybuną i pseudo-balkonem, na których i tak, niczym kury na grzędach, zaległo bractwo w koszulkach Dark Throne, Arcturus czy Mayhem. Zatem ustawiłem ignore mode: on, podkręciłem wrodzony sarkazm i rozpocząłem psychiczne przygotowanie do gwiazdy wieczoru.

Wcześniej jednak miałem okazję jednym uchem przysłuchać się supportom - rodzima Tides From Nebula i projekt Attili Csihara Void ov Voices [sic!]. Nebula to czysto pejzażowe granie, na siłę wciskające się w przepełnioną ostatnimi czasy przegródkę z napisem „post-rock”. Tymczasem to co usłyszałem bardziej kojarzyło mi się z rzeczami sludge typu ISIS albo Red Sparows w rockowym wykonaniu. Może o to w tym post-rocku chodzi? Nie wiem. Wiem natomiast, że muzycznie solidnie, ale bez większego polotu i pomysłu. Pogramy sobie tak jak tysiąc innych kapel, pokiwamy się jak pięćset innych z nurtu metalcore i tym zyskamy sobie przychylność publiczności. OK, ale ja dziękuję. Wszystkiego dobrego, grajcie dalej, może kiedyś się przekonam, ale póki co szukam innych rozwiązań w muzyce.Attili to już druga wizyta w Krakowie w przeciągu ostatnich kilku miesięcy. Wcześniej odwiedził miasto z Sunno))) podczas festiwalu Unsound. Tym razem przyjechał by zaprezentować swój solowy projekt - Void ov Voices. No i tak jak pisownia wskazuje - mrok lał się ze sceny gęsto niczym smoła, a może nawet i asfalt. Nie dociera do mnie to co wykonuje Sunno))), a tym bardziej nie widzi mi się to co zaprezentował VoV. 30-minutowe samplowane jęczenie ze sceny, przeplatane śpiewem gardłowym prosto z Tuwy. I to jeszcze wydobywające się z wewnątrz postaci ubranej w mnisi habit, stojącej przed czymś co miało udawać ołtarz przyozdobiony czarnymi świecami i czerwonymi zniczami. Gdybym był bardziej ograniczony, posądziłbym go o desekrację grobów i bezczeszczenie zwłok. 5 minut takiego happeningu artystycznego jeszcze mógłbym zrozumieć, ale 30 to już ekstremum. Cale szczęście, że już wkrótce po tej czarnej mszy na scenie pojawili się Wilcy. Ale panie, co to za Wilcy byli i jak zawyli... Nie od dziś wiadomo, że muzyka Ulvera od płyty Themes from William Blake’s The Marriage of Heaven and Hell z 1998 roku to gra między cisza i dźwiękiem. Nie od dziś wiadomo, że umiejętne operowanie dynamiką w muzyce to jeden z kluczy do sukcesu. Zresztą sam zespół dawał temu wyraz przy okazji nagrywania EP Silence Teaches You How to Sing i Silencing the Singing, a nawet akustycznego albumu Kveldssanger. Ta ścieżka rozwoju doprowadziła ich do nagrania ostatniej płyty studyjnej Shadow of the Sun. Wyciszone, niemal nostalgiczne klimaty panujące na krążku potrafią jednak mocno przykuć do głośników. Warto podkreślić, że przy każdym z wejść do sali koncertowej widniał napis informujący o prośbie zespołu o zachowanie ciszy podczas występu. Oczywiście prośba - prośbą, a praktyka - praktyką. Jak się człowiek umiejętnie wyciszy i skupi, to i pobliska rozmowa o zeszłorocznym śniegu mu nie przeszkodzi.

Rozpoczęli Eos - numerem otwierającym Shadow of the Sun. Cisza porusza, a dźwięk kruszy skały - tak można opisać to co odczuwałem zagłębiając się w kolejne takty utworów Let the Children Go i Little Blue Bird. Niski zazwyczaj glos Rygga, tym razem napotykał problemy, miejscami pojawiał się falset. Nie jestem w stanie ocenić czy był on zamierzony, czy może wspaniała praca niezawodnych jak zwykle polskich akustyków sprawiła, że przez pierwszą część koncertu nie był w stanie dosłyszeć swojego wokalu z odsłuchów. Zaskoczyła mnie obecność Rock Massif ze ścieżki dźwiękowej do filmu Svidd Neger. Przyznam, że akurat około-filmowa twórczość Ulvera nie pociąga mnie szczególnie, jednak numer niczym nie wyróżniał się spośród pozostałych i równie silnie działał na zmysły.

Tuż po nim zaczęła się najbardziej dynamiczna część występu - utwory pochodzące z Blood Inside: For the Love of God, In the Red i Operator - wpompowały większa dawkę krwi do skroni słuchaczy, a jednocześnie liczbę decybeli płynącą do uszu. Może brzmienie nie było selektywne, ale nie drażniło bębenków

W tym miejscu warto wspomnieć o wizualizacja towarzyszących koncertowi. Podczas jednego z utworów na ekranie pojawił się napis informujący o cenzurze materiału przedstawiającego sceny z II wojny światowej, a to ze względu na historię ziemi Polskiej. Miło, taki skromny ukłon, ale dyskusyjna konieczność jego zastosowania.

Po Operatorze jeszcze chwila wytchnienia przy Funebre, aby zaraz później zapoznać się z najbardziej elektronicznym obliczem Norwegów. Niepokojący wstęp Silence Teaches You How to Sing, Plates 16-17 z Zaślubin Blake’a, a zaraz po nich Hallways of Always i Porn Piece or the Scars of Cold Kisses z Perdition City. Taka dawka zrobiła swoje i mój umysł odleciał totalnie w urbanistyczne wizje muzyki serwowane przez Skandynawów. Nie spodziewałem się jednak finiszu. Tuż po uspokajającym, wyciszającym niemalże Like Music mój ulubiony utwór nagrany pod szyldem Ulver - Not Saved. La Grande Finale , do granic możliwości. Monotonia, którą można by zarzucić tej kompozycji, jest swoista mantrą, wprowadzeniem w stan medytacji, transu. Zakończenie o jakim można marzyć. Pozostawiony sam ze swoimi emocjami. Może o to chodziło muzykom, kiedy zamieszczali Solitude Black Sabbath na Shadow of the Sun - przeżywaj w samotności.

Analizując setlistę z perspektywy dwóch dni, które minęły od koncertu, dochodzę do wniosku, że zespół w sposób wybitnie przemyślany przygotował się do trwającej jeszcze trasy koncertowej. Wstęp z ostatniej płyty, spokojnie - klamra spinająca - płyta poprzednia, energetycznie - klamra spinająca - numery z płyt pochodzących z okresu, nazwijmy to metamorfozy - klamra spinająca - la grande finale... i coś zdałby się jeszcze. Ale po co?

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Dodatkowe informacje