Łukasz Orbitowski - "Wigilijne psy"

Nie dość, że Orbitowski ma talent pisarski, to jeszcze smykałkę do wymyślania wciągających historyjek. To naprawdę wielka sztuka stworzyć oryginalny temat, który przyciągnie czytelnika i nie będzie kolejną banalną historią o wariacie biegającym z siekierą po osiedlu (swoją drogą takie historyjki to my tu w Krakowie mamy co roku, przy okazji piłkarskich derbów..).
Prezentowana tu książka zawiera dziewięć opowiadań z tzw. dreszczykiem, z których większość osadzona została we współczesnych nam realiach. Sporo tu historii rodem z Krakowa ale nieznajomość miasta nie będzie doskwierać czytelnikowi. Lokacje są na tyle uniwersalne, że obejdzie się bez studiowania mapy.

W pierwszym opowiadaniu "Serce kolei" wsiadamy do pociągu, jadącego z Krakowa do Katowic. Poznajemy obsługę pociągu i pasażerów jadących w pewnym konkretnym wagonie, który zamieszkuje tajemnicza postać. Jej odbicie można zobaczyć jedynie w szybach innego jadącego pociągu. Trzech pasażerów usiłuje rozwiązać zagadkę zjawy, gdy tymczasem do pociągu wsiada mężczyzna z teczką, w której trzyma długi nóż kuchenny. Opowiadanie króciutkie ale pomysł wyborny. Polecam szczególnie do zimowej podróży pociągiem, gdy w twoim przedziale siedzi kolo w marynarce i z teczką na kolanach.

Drugie opowiadanie "Autostrada" rozgrywa się w małym miasteczku. Bohaterami są uczniowie przygotowujący się do matury. Gdy pewnego wieczoru jak zwykle siedzą pod drzewem za miastem i jak to bywa z maturzystami piją tanie wino, dostrzegają w oddali tajemniczy sznur aut, sunących po bliżej nieokreślonej drodze. To odkrycie zbiega się w czasie z serią zniknięć mieszkańców miasteczka. Maturzyści postanawiają wyjaśnić zagadkę.
Warty podkreślenia w tym miejscu jest "gawędziarski" styl autora, który całkiem przypadł mi do gustu. Czuję się jakbym sam siedział z nim przy flaszce i słuchał jakiejś nieprawdopodobnej historii.

Trzecie opowiadanko to "Opowieść taksówkarska". Chłopak traci ojca taksówkarza w wypadku samochodowym. Niedługo po pogrzebie zgłasza się do niego dziennikarz ze zdjęciem jego ojca, zrobionym tuż przed wypadkiem. Na fotografii, obok ojca siedzi na fotelu tajemnicza postać, choć w chwili wypadku nie było w taksówce żadnych pasażerów. Okazuje się także, że to nie pierwszy tego typu wypadek. Chłopak razem z dziennikarzem postanawiają wyjaśnić zagadkę tajemniczego pasażera.
Świetna opowieść i wynikający z niej morał. Do tego opiera się, jak sądzę, na prawdziwej zbrodni sprzed lat, która miała miejsce w Krakowie.

Kolejnym opowiadaniem w książce jest "Kacper Kłapacz". Tym oryginalnym mianem nazwano opuszczony blok na obrzeżach Krakowa, zamieszkiwany przez ziomali, wariatów i alkoholików. W budynku zatrzymała się niedawno grupa znajomych, którzy dokonali szeregu oszustw na allegro. Czekają na pieniądze z aukcji, jednak warunki, w jakich przebywają i przedłużający się pobyt powodują, że ich wzajemne relacje zaczynają się psuć. Do tego okazuje się, że miejsce, w którym przebywają ukrywa wiele mrocznych sekretów. Gdy nadchodzi burza okazuje się, że budynek jak co roku jest nawiedzany przez zjawy.
Jest to najdłuższe opowiadanie w książce, niezwykle klimatyczne i pomysłowe. Jest w nim dreszczyk, jest i  morał, a wszystko odpowiednio wyważone. Kawał ciekawej lektury.

W końcu dochodzimy do tytułowych "Wigilijnych psów". W tym opowiadaniu cofamy się do "czasów słusznie minionych", czyli komuny. Narrator opowiada nam historię swego życia, które zaczęło się przed II wojną światową. Przytacza z niego poszczególne fragmenty, jak to został podmieniony w szpitalu, później po latach, jak jego przybrany ojciec idzie utopić dwa psy w worku, przy czym sam wpada do wody i ginie. Opowiada w końcu, jak od tego czasu, w każdą wigilię jego dom odwiedzają dwa psy.
Zgorzkniały emeryt-narrator snuje swoją gawędę, prezentując wzloty i upadki ze swego życia. W tle mamy polską historię od lat powojennych, aż do lat dziewięćdziesiątych i wątek magiczny, zgrabnie wpleciony w całą opowieść.

Po "Wigilijnych psach" przychodzi czas na "Angelusa" - opowieść o dwóch przyjaciołach, którzy zakładają firmę, zajmującą się dostarczaniem złych wiadomości. Biznes kwitnie do czasu otrzymania nietypowego zlecenia na dostarczenie… odciętej dłoni. To jedno z tych opowiadań, które ujęło mnie niebanalnym pomysłem, za co autorowi należą się brawa.

Podobnie ma się sytuacja z kolejnym opowiadaniem pt. "Lombard". We wstępie autor opisuje, że na początku był to pomysł scenariusza filmowego i mogę jedynie żałować, że zamysł ten nie został zrealizowany.
Młody chłopak o imieniu Tymon znajduje pracę w lombardzie. Jego właściciele mają dość specyficzne podejście do swoich klientów, mianowicie przyjmują w zastaw każdy, nawet najbardziej bezwartościowy towar i grubo za niego przepłacają. Żeby nie było zbyt bajkowo to jest oczywiście w zanadrzu czarny charakter, który chce przejąć rzeczony lombard.
Szkoda mi nie tylko nie powstałego filmu ale i wykorzystania tego pomysłu na opowiadanie. Autor mógł się pokusić o jego rozszerzenie i wypuszczenie go w formie książkowej. Potem by się nakręciło film, na podstawie książki… ;)

Kolejne opowiadanie "Objawienia" przenosi nas znów do małego miasteczka. Jak wynika z odczytywanych przez bohaterów opowiadania wycinków gazet jest ono znane z cudownej figury św. Weroniki, rzeźby płaczącej krwawymi łzami. Wyróżnia się także tym, że nie ma w nim żadnego mieszkańca. Wspomnianymi bohaterami jest grupa trzech studentów, która przyjechała popływać w pobliskim kamieniołomie i jeden nieco zagubiony ankieter, przybyły do miasteczka z zadaniem wypełnienia kilku kwestionariuszy.
Po nadwątleniu zapasów zgromadzonych przez proboszcza w barku wszyscy wyruszają nad wodę. Tam też ankieter dowie się co spotkało mieszkańców, zaś pozostali odnajdą figurę, która niekoniecznie czyni dobro.
Jeśli jesteś wojującym rycerzem jedynie słusznej prawdy to pomysł, że figura świętej może komuś zrobić ziazi niekoniecznie ci się spodoba. Z drugiej strony jeśli jesteś wojującym rycerzem jedynie słusznej prawdy to zapewne jest ci wiadome, że Orbitowski to satanista i mason przebrzydły, więc i tak tej książki nie przeczytasz.

Opowiadaniem zamykającym całą książkę jest "Zmierzch Rycerzy Światła". Jest to historia chłopaka, który zgadza się na otrzymywanie sms-em wróżb. Pod ich wpływem jego życie zaczyna się poważnie komplikować. Gdy próbuje na powrót wszystko poukładać wplątuje się w historię, która nieodwracalnie zmieni jego życie.  
Opowiadanie zamykające całkiem udane, więc całość kończy się z hukiem, a nie cichym pierdnięciem. Jest dobrze.

Reasumując. Mogę mieć jedynie żal do siebie, że tak późno wziąłem się za Orbitowskiego. Nie znajduję tu żadnych słabych punktów. Gawędziarski styl, o jakim wspominałem wcześniej, osadzenie w polskich realiach, świetne, niebanalne pomysły, przesłanie, czy jak kto woli morał, wynikający z danej opowieści, aż wreszcie talent pisarski autora to cechy, dla których po tą pozycję można sięgnąć w ciemno. Gościu ma smykałkę do pisania i łeb, pełen dobrych pomysłów. Oby mu tak zostało, bo dobrych, polskich pisarzy nigdy nie za wielu.


Łukasz Orbitowski - "Wigilijne psy"

Wydawnictwo: Helion

Grudzień 2005

Liczba stron: 408

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Dodatkowe informacje