Meshuggah – „obZen”
- Szczegóły
- Wojtek
Zwyciężyli. Udało im się, choć ludzie oczywiście różnie gadają, nagrać chyba najlepszą w swoim dorobku płytę. Najdojrzalszą i najbardziej przemyślaną, nie tracąc przy tym ani na firmowym ciężarze, ani na szaleństwie i agresji. Uniknęli zjadania własnego ogona, co w przypadku konsekwentnego poruszania się w obrębie tak hermetycznego stylu jest nie lada wyczynem. Dokonali tego nie wprowadzając do swojego grania w zasadzie żadnych nowych elementów. Bo to całe doszukiwanie się wpływów Tool jest dla mnie jakimś nieporozumieniem. Gdzie, jak, dlaczego? Dlatego, że panowie z obydwu zespołów się przyjaźnią i że odbyli razem trasę? Że konstrukcja jednego czy dwóch riffów przypomina trochę charakterystyczne frazowanie Amerykanów? Że Tomas Haake częściej gra na tomach? To trochę za mało, żeby mówić nawet o naleciałościach.
Wreszcie doczekałem się od Meshuggah płyty, do której nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Bardzo cenię krążek „Destroy Erase Improve” z 1995 roku więc, przy całym szacunku do ostatnich dokonań zespołu, tęskniłem za takim energetycznym kopnięciem między uszy. Minialbum „I” tylko pogłębił moją nostalgię za szybszymi tempami, czekałem więc cierpliwie, aż panowie zdecydują się na pełnowymiarowe uderzenie w tym stylu.
Niby nic nowego, ale każdy odsłuch przypomina zderzenie z dryfującym w przestrzeni kosmicznej monolitem. I nie jest to bynajmniej autosugestia wywołana oprawą graficzną płyty, to zasługa brzmienia, które jest po prostu kolosalne. A jeżeli już jesteśmy przy plastycznej stronie wydawnictwa, to trzeba zaznaczyć, że nareszcie znalazł się ktoś, kto przejął pałeczkę (zostawiając w zamian dwie do bębnienia) od odpowiedzialnego do tej pory za okładki Tomasa Haake. Grafiki perkusisty oględnie mówiąc nie są najwyższych lotów, chociaż ta zdobiąca „I” do najgorszych nie należy. Za to Haake za bębnami to klasa sama w sobie. Bardzo się cieszę, że flirt z wirtualnym instrumentem Drumkit From Hell użytym podczas nagrywania „Catch 33” okazał się tylko jednorazowym eksperymentem. Nie ma sensu wyręczać tak utalentowanego muzyka. Oprócz skreślenia z listy płac automatu perkusyjnego, „obZen” od poprzedniczki różni się tradycyjną formą. Nie mamy tu do czynienia z koncept-albumem, chyba że pod względem warstwy tekstowej, ale w tę nie wnikam. Utwory są dość zróżnicowane i bardzo zwarte, niektóre z nich to potencjalne koncertowe killery. Część albumu sprawia wrażenie, jakby powstała z myślą o występach na żywo. Kolejna rzecz która bardzo mnie cieszy, to przebudzenie się z letargu Thordendala. Jeden z najciekawszych obecnie metalowych gitarzystów znów raczy nas swoimi chorymi solówkami, by za chwilę schować się na dalszy plan z jakimś aranżacyjnym smaczkiem. Nie narzucać się, a przy tym odcisnąć na muzyce wyraźne piętno - to sztuka, którą ten Holdsworth From Hell pojął i opanował już dawno temu.

Podsumowując: panowie pokazali tabunom naśladowców gdzie ich miejsce. Z pewnością jednak znajdą się tacy, którzy będą narzekać, że nic nowego, że typowa Meshuggah, że to wszystko już kiedyś słyszeliśmy. Cóż, „nic nowego” nie oznacza jeszcze automatycznie „źle”, a nagranie doskonałego albumu, zgodnego z wypracowanymi przez lata stylistycznymi założeniami, nie jest krokiem wstecz.
Nową muzyką Meshuggah ugruntowuje swoją pozycję w ścisłej czołówce nowoczesnego metalowego grania, udowadniając, że nie figuruje tam przez przypadek. A czy można jeszcze bardziej połamać rytmy? Można. Można dołożyć dziewiątą, a jak będzie trzeba to i dziesiątą strunę gitarom? Też można. Tylko po co? Byle kto nie przejdzie do historii dzięki takim zabiegom. Szwedzi na całe szczęście nic już nikomu nie muszą udowadniać, to jeden z przywilejów jaki przysługuje prekursorom.
Meshuggah „obZen”
1. Combustion
2. Electric Red
3. Bleed
4. Lethargica
5. obZen
6. This Spiteful Snake
7. Pineal Gland Optics
8. Pravusstyle
9. Dancers to a Discordant System
Jens Kidman vocals Fredrik Thordendal guitars Mrten Hagström guitars Dick Lövgren bass Tomas Haake drums
2008 Nuclear Blast
