Dream Theater - "A Dramatic Turn Of Events"
- Szczegóły
- Jarek

W 2010 roku progresywny świat z niedowierzaniem przyjął wiadomość, że Mike Portnoy odchodzi z DT. Jego romans z Avenged Sevenfold nie stanowił problemu ale chęć "uśpienia" DT na kilka lat były już nie do przełknięcia dla reszty zespołu.
Dla Portnoy'a po fakcie ta decyzja okazała się pochopną - tuż po wyborze Mangini'ego zgłosił się z chęcią powrotu. Dla mnie jako słuchacza Portnoy jako muzyk był ok ale jako kompozytor niektórych utworów z ostatnich płyt już nie bardzo.
Coś niedobrego zaczęło dziać się w DT w ostatnich latach. Zespół zaczął podążać w stronę, która do tej kapeli nie bardzo pasowała. Gdzieś zaczęła zanikać radość z grania, zespół co rusz przypominał fabrykę, która co jakiś czas wypuszczała mniej lub bardziej udany produkt. Powoli dochodziliśmy do sytuacji, w której coś musiało pęknąć, zmienić się.
Osobiście, z coraz większym pesymizmem podchodziłem do kolejnych płyt zespołu. "Octavarium" spłynęło po mnie bez zachwytu, "Systematic
Chaos" z pamiętnym "Dark Masterem" i kawałkiem niemal jak z programu "Wódko pozwól żyć" rozśmieszał. Przy "Black Clouds and Silver Linings" pojawiło się światełko w tunelu, choć całościowo nie powaliła. Przy każdym wydawnictwie zawsze tliła się nadzieja, że może jednak wrócą do ulubionych przeze mnie czasów "Images and Words", czy "Falling into Infinity" ale gdy człowiek odpalał płytę, to okazywało się, że to jednak nie to. Oczywiście każda ich płyta ma swoje mocne strony i mijałbym się z prawdą potępiając je w czambuł (tym bardziej, że na każdej mam jakiś ulubiony kawałek). Jednak zaczynało mi brakować wydawnictwa, na które mógłbym spojrzeć ogólnie i powiedzieć - ok, to jest ta muza, za którą tak polubiłem tych kolesi i śledzę ich robotę po dziś dzień.
No i nastał 2011 rok. Wszyscy mieli okazję śledzić na youtube casting na nowego perkusistę. Nieco "łzawy" miejscami filmik (obecnie dodawany do nowej płyty) ukazał wybór Mike'a Mangini'ego jako następcę Portnoy'a. Sprawa perkusisty została zamknięta, Panowie wrócili do nagrywania nowej płyty. Myliłby się jednak ten, kto sądził, że
Mangini będzie miał pełny wpływ na swoje partie instrumentalne. Ta robota została wykonana w większości przez Petrucci'ego i automat perkusyjny. Oczywiście Mangini to w końcu nagrał i swoje trzy grosze mógł tam umieścić ale jednak. Paradoksalnie większa dawka elektroniki, wynikająca z użycia automatu oraz mocniejszej obecności Rudessa tej płycie nie zaszkodziła. W kilku miejscach powiedziałbym wręcz, że całkiem pozytywnie mnie pewne rozwiązania zaskoczyły. W ogóle odnoszę wrażenie, że gdy zabrakło wpływu Portnoy'a na kształt płyty i do głosu doszła pozostała czwórka (jeszcze bez Mangini'ego) to całkiem dobrze zrobiło to całości.
Pojawienie się nowego członka zespołu wniosło ożywczego ducha do tego prog-rockowego małżeństwa. Już pierwszy kawałek "On the backs of Angels" przywodzi na myśl stare, dobre lata. "Build Me Up, Break Me Down" to właśnie wspomniana wcześniej elektronika i zapewne kandydat na videoclip. "Lost Not Forgotten" kopie od początku "obertasami", by następnie
nieco złagodnieć do czasu wesołych solówek, zaczynających się od połowy szóstej minuty utworu. "This Is The Life" to taki trochę "dreamowy wyciskacz łez". W sam raz, żeby zużyć gaz w zapalniczce, zapalając ją na koncercie nad głową. W "Bridges In The Sky" mamy do czynienia z dość niekonwencjonalnym wstępem ale dalej jest już bardzo melodyjnie, nawet Pan Myung się obudził. A przy następnym kawałku - "Outcry" wręcz zerwał się z pościeli :) Ale tu akurat jest dużo wszystkiego. I wesołe obertasy, i solówki, melodyjny refren - słowem, bardzo ciekawy kawałek. W "Far From Heaven" znów robi się melodramatycznie ale dramatu nie ma. "Breaking All Illusions" to najdłuższy kawałek (łącznie z nim mamy cztery utwory dłuższe niż 10 minut) i sporo się tu faktycznie dzieje. Obok spokojnego solo Petrucci'ego wariacje Rudessa, zmiany tempa i nastroju, gonitwy i swawole. Trudno się zatem dziwić, że ostatni na płycie "Beneath The Surface" jest spokojny, stonowany i zapewne nie wymaga wychodzenia spod namiotu tlenowego, do którego trafiła większość ekipy po wcześniejszym utworze ;)
Zatem, czy udało im się wrócić do czasów "Images and Words" lub "Falling Into Infinity"? Nie i myślę, że ten etap twórczości powinienem już zamknąć i na niego nie czekać. W nowym albumie pobrzmiewają echa tamtych płyt ale upłynęło już zbyt wiele lat od tego czasu, a skład zmienił się na tyle, że nagranie takiej płyty jest po prostu niemożliwe. Każdy z członków
zespołu to indywidualność muzyczna, która mocno wpływa na kierunek, jaki obiera zespół. To widać po zmianach jakie nastąpiły po odejściu Portnoy'a. Cieszy to, że technicznie nadal prezentują wielkie możliwości, że wciąż mają pomysły na melodie. Ale wątpię, czy będą w stanie przeskoczyć jeszcze poprzeczkę, którą zawiesili sobie dość wysoko przed laty.
Z zadowoleniem przyjmuję obecny kierunek jaki obrali, że ta płyta jest bardziej prog niż metal. Dzięki temu szerzej do głosu doszli Myung i Rudess i obaj mają coś ciekawego do
zaprezentowania. Labrie nie musi już udawać Jamesa Hetfielda i po prostu fajnie śpiewa. Proporcje między całą piątką stały się bardziej wyważone, muzyka lżejsza i po prostu taka, jakiej od nich oczekiwałem. To ich pierwszy album od wielu lat, który mogę słuchać w całości, bez konieczności przewijania co bardziej irytujących kawałków.
Dalsze losy są w rękach fanów i jeśli oni postanowią, że ten kierunek jest dobry, to zapewne w tą stronę podąży dalej DT. Co do Portnoy'a to życzę mu, aby ostro i pozytywnie zaskoczył swoich fanów, tak by nie musieli wymyślać spiskowych teorii na temat nowego albumu DT i zajęli się czymś bardziej produktywnym. Zaś Mangini'emu gratuluję wyboru (choć sam kibicowałem Minnemannowi) i wierzę, że świetnie się sprawdzi w tej robocie. Myślę, że ten "dramatyczny zwrot wydarzeń" wszystkim wyjdzie na dobre.
Dream Theater - "A Dramatic Turn Of Events"
1. On The Backs Of Angels
2. Build Me Up, Break Me Down
3. Lost Not Forgotten
4. This Is The Life
5. Bridges In The Sky
6. Outcry
7. Far From Heavenutcry
8. Breaking All Illusions
9. Beneath The Surface
W wersji rozszerzonej dodatkowo DVD z filmem The Spirit Carries On
Wydawca w Polsce: Warner Music Poland, Wrzesień 2011
Po niedawno prezentowanych książkach Murakamiego postanowiłem pozostać w nurcie japońskiej literatury. I przyznam, że dawno już nie natrafiłem na książkę, która wywołałaby we mnie taką emocjonalną karuzelę jak ta, prezentowana w poniższej recenzji. Jej autor, Ryu Murakami nie jest spokrewniony z Harukim i to zarówno jeśli chodzi o więzy krwi jak i sposób pisania. Świat tej powieści to mroczna strona ludzkiej świadomości, jakiej nie miałem okazji jeszcze doświadczyć. Może Ci się spodobać, może zniesmaczyć ale na pewno nie przejdziesz obok tej pozycji obojętnie.