O potworach i dziwnych porankach
- Szczegóły
- Jarek
To był cichy wiosenny poranek jakich wiele przeminęło ostatnimi czasy. Rześkie, chłodne powietrze muskające budzącą się do życia przyrodę i to cholerne słońce przenikające przez wszystkie szpary w ścianach po to tylko by przeszkodzić w śnie.
Siedział niedbale na kanapie i palił papierosa. Nogi oparł o "super stajlowe krzesło Jules z IKEI" (jedyne 90PLN na Allegro), które nijak nie pasowało do reszty mebli w pokoju. Znad boku kanapy jego ręka zwisała bezwładnie do ziemi. Zanim przeciął sobie żyły potłuczoną butelką eksperymentował ze wszystkim co miało choć kawałek ostrej krawędzi. Wyjął nawet te małe nożyki z główki maszynki do golenia i zaczął się nimi ciąć po rękach ale tylko pokaleczył sobie palce.
Bolało niemiłosiernie. Jednostajny szum wody u sąsiada piętro wyżej działał hipnotyzująco. Siedział i myślał o tym co zrobił przed chwilą. Może gdyby te wyrzuty sumienia dopadły go nieco wcześniej, to oszczędziłby sobie tego żałosnego spektaklu z dzisiejszego poranka.
- Chyba nie zdążę dzisiaj przygotować tego raportu na zebranie - zaśmiał się sam do siebie.
- Szanowni Państwo, przepraszam za to drobne spóźnienie ale prozak mi nie pomógł i strzeliłem sobie rano samobója. To tyle tytułem wyjaśnienia, a teraz proszę o zgaszenie światła, pokażę Państwu przeźrocza.
Stado myśli przebiegało mu przez głowę. Wypadki ostatnich dni tylko przechyliły czarę goryczy. Swoją drogą to ciekawe jak niewiele potrzeba aby desperata postawić nad skraj przepaści. On już tylko musiał zrobić krok.
- Ciekawe czy w jutrzejszym Dzienniku Polskim będzie chociaż notka - zaświtało mu w głowie ale po chwili przypomniał sobie, że przecież nikt nie wie co się z nim dzieje. Zanim go znajdą, pewnie zahaczy się na notatkę w niedzielnym wydaniu, a tych przecież mało kto czyta bo większość leczy kaca po sobocie. Powoli i leniwie wziął do ręki stary potłuszczony brulion. Położył na kolanie i zaczął wertować kartki.
Luźne notatki nie powiązane chronologicznie, które czynił od końca studiów znaczyły drogę donikąd. Podążał nią nieświadomie dając się porwać biegowi losu.
Upływ krwi dość poważnie go już osłabił. Siedział bez ruchu i gapił się przed siebie.
Jestem jaki jestem. Byłem i się zmyłem. Bo czy był jakiś sens ciągnąć to nadal? Ciągle siebie pytam więc pewności mi brak. Ale czy to aby nie za późno?
Sięgnął po telefon komórkowy i wcisnął połączenie.
I po co to wszystko? Godziny samotności przeplatane rozmowami o niczym. Codzienny świat promocji i telewizji. Oferta, raport, rozmowa przez telefon. O Jezu, znowu zapomniałem się uśmiechać. Oni tam siedzą i patrzą. Te same grymasy. Maski z ołowiu, nieruchome, zimne, ciosane siekierą. Nieodłączne korzyści faxem, za pół ceny. W weekend znów upadłem nisko. Telefon do znajomych i odpowiedzi pół na pół. Spektakl towarzyski na dwa drinki i szybki seks przed zaśnięciem. Odgłos syreny gdzieś niedaleko. Sąsiad pod blokiem odpala swego bolida. Duży fiat z dychawicznym rzężeniem próbuje się rozgrzać.
To miasto potworne, ten moloch właśnie się budzi. Wstaje powoli i ociężale, po ciemku rusza klamkami, zapala światło i robi sobie kawę.
- Będzie to trzeba wytłumaczyć znajomym. Tyle zachodu, a oni i tak wzruszą ramionami, westchną, chwilę pomilczą i znów zaczną gadać o wyjeździe na narty. Albo nie, nic im nie powiem. Niech sobie o tym przeczytają w dzienniku!
Nie będę się tłumaczył ani znajomym, ani potworowi, który wkręca w tryby, połyka i wypluwa na wpół przetrawione resztki ludzkiej egzystencji. On będzie z całych sił próbował powstrzymać. Będzie się nadymał, będzie groził. A ja i tak ucieknę. Zamknę oczy i go do siebie nie dopuszczę. Będzie cicho i spokojnie. Nastanie noc. Bez gwiazd.
Bohaterem, a jednocześnie narratorem w książce jest Jonasz - gość na co dzień utrzymujący się z pisania, który postanawia napisać książkę dokumentalną. Jej tematem ma być dzień szóstego sierpnia 1945 roku, kiedy to zrzucono bombę atomową na Hiroszimę, a dokładniej reakcje i zachowanie się twórców bomby w ciągu tego pamiętnego dnia.