Lot
- Szczegóły
- Jarek
Często zdarza mi się bujać w obłokach podczas pracy. Wyłączam wtedy część mózgu odpowiedzialną za zdolność obsługi klawiatury i kontroli spożycia kawy i oddalam się z tego świata popadając w zadumę. Wydaje mi się, że zaczynam lewitować, powoli tracę łączność z otoczeniem, nie myślę o walających się wokół mnie górach papieru do przejrzenia. Patrzę przez okno, dostrzegam małego wróbla pląsającego na gałęzi drzewa i hyc! Sprawnie teleportuję się z mojego fotela na gałąź tuż obok niego.
Wróbel oczywiście niezbyt jest zainteresowany rozmową, poza tym siedzący obok na gałęzi pracownik biurowy mógłby mu zepsuć reputację. Tak, tak, wróble muszą dbać o swoją reputację. Jeśli taki przeciętny wróbel nie ma szacunku to zostaje wykluczony z towarzystwa. Znajomi zaczynają go unikać, nie jest zapraszany na domowe imprezki na parapecie, jednym słowem jest spalony w towarzychu. Mnie tam zresztą też niespieszno do rozmów. Miałem co prawda ochotę zapytać, który to z jego kompanów tak niemiłosiernie obsrywa mi co rano samochód i przestrzec, że poważnie myślę o zakupie wiatrówki. Stwierdziłem jednak, że zaraz ktoś w biurze może przerwać moją sielankę, więc lepiej jak skorzystam jeszcze i polatam trochę po okolicy.
Nie przeczę, miałem nadzieję, że w okolicznych blokach natrafię na jakąś wyzwoloną, atrakcyjną trzydziestkę przebierającą się do pracy i nuż może wproszę się na jakieś śniadanko. Poranna kawa nieco wykręcała mi kiszki i czułem, że lekki posiłek byłby wskazany. Natrafiłem niestety tylko na jakiegoś robola, który malował sufit. Nieszczęśnik zauważył mnie, odchylił się za mocno do tyłu i stracił orientację. Runął jak długi na podłogę, a ja czym prędzej się zmyłem, bo a nuż wyciągnąłby wiatrówkę i potraktował jak pospolitego gołębia.
Postanowiłem przenieść się na łono natury. Uspokoić skołatane nerwy i cieszyć się pierwszymi oznakami wiosny. Trafiłem nad okoliczne ogródki działkowe i muszę szczerze przyznać, że nie był to dobry pomysł. Gdzieniegdzie posadzone drzewka i kwiatki pozwalały odprężyć się człowiekowi, przycupnąć gdzieś na dachu i rozkoszować się lenistwem. Ale w większej części był to wielki magazyn starych wózków dziecięcych, zużytych opon samochodowych, trafiła się także jedna pustelnia samotnych i pogodzonych z życiem. Spożywali oni dziwne mieszanki ogólnodostępnych środków czystości, przygotowanych domowym sposobem po potrójnej filtracji za pomocą chleba. Niesamowite, że w tym zapomnianym przez boga miejscu, pośrodku amatorskich hodowli gerberów i niewysokich choinek, dwóch kompanów częstowało się magicznym wywarem śmiejąc się w twarz medycynie i jej ustaleniom co do śmiertelnego stężenia alkoholu we krwi. Cóż, największe odkrycia powstają w zaciszach małych laboratoriów.
Nic się ciekawego nie działo. Postanowiłem przenieść się nad mały placyk, na którym w równym rządku, jedna obok drugiej, stały małe budki w jednolitym, brązowym kolorze. Sprzedający w nich ludzie oferują klientom lekko przeterminowane produkty spożywcze lub 1001 drobiazgów produkowanych w małej fabryczce pod Szanghajem. Okoliczni mieszkańcy raźno ustawiali się w kolejkach do budek zaopatrując się zwyczajowo w chleb, warzywa, czy wędlinę. Od czasu do czasu słychać było głośne przekomarzania między sprzedawcą, a starszymi klientkami wybierającymi warzywa według określonego klucza szyfrowego. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi. Zauważyłem, że w procesie wyboru istotna jest długość, giętkość i czy kolor będzie pasował do koloru garnka. Proces zakupu zaczynał przypominać wyrafinowany taniec godowy bądź obrzędy w jakiejś zboczonej sekcie religijnej. Klientka i sprzedawca prezentowali swoje racje przyjmując określone postawy względem adwersarza. Przedstawienie trwało jeszcze przez chwilę po czym następował punkt kulminacyjny - warzywa wędrowały do siatki, zaś zapłata do kieszeni sprzedawcy. Obie strony dziękowały sobie za udany spektakl po czym cały proces zaczynał się od nowa.
Gdy zamyślony analizowałem filozofię zakupu marchewki z odrętwienia wyrwał mnie głośny pisk opon. Wielki pomarańczowy wóz miejskiego przedsiębiorstwa oczyszczania zajechał na plac targowy. Z wewnątrz auta, niczym oddział komandosów wyskoczyło kilku pracowników w pomarańczowych wdziankach i podjęło szturm na pobliskie kosze na śmieci. Cała akcja trwała kilka sekund, obeszło się bez ofiar, nie licząc kilku przepłoszonych kotów i wrzeszczącego menela, który stracił cenne źródło surowców wtórnych. Niewzruszeni śmieciarze zapakowali śmieci na samochód, po czym oczywiście z piskiem opon ruszyli opróżniać kolejne kubły. Powodem tego pośpiechu był zdaje się mdlący smrodek, panoszący się wokół auta, który skutecznie obniżał motywację wszystkim przechodniom. Jako, że ta śmierdząca aura poczęła wspinać się na moje stanowisko obserwacyjne uznałem, iż celowym będzie przeniesienie się do nowej lokalizacji. Problem tylko gdzie.
Wokół jak okiem sięgnąć małe parterowe domki z małymi przygarbionymi babciami. Pozostał mi jeszcze jeden obiekt. Najnowsza i jedyna zresztą inwestycja w tym zapomnianym przez Boga miejscu. Pogromca papieru, piewca bezsensu. Miejscowy Urząd do Spraw Niewytłumaczalnych miał za zadanie wyprodukować jak najwięcej dokumentów, dzięki którym proste sprawy udawało się nieco skomplikować. Miało to na celu wywołanie wrażenia u mieszkańców, że państwo ma nad nimi kontrolę i że nie może być tak, że każdy robi co mu się żywnie podoba. Codziennie rzesze urzędników i ich interesantów udawały sie do tego budynku, wypełniały stosy kwestionariuszy, robiły sobie karczemne awantury, po czym w godzinach popołudniowych wracały do swych domów.
Budynek miał cztery piętra i mimo, że ledwie go ukończono zaczynał pozbywać się okrywającej go farby. Zbliżyłem się powolutku do jednego z okien na ostatnim piętrze i zajrzałem do środka. W niewielkim pomieszczeniu, wokół długiego stołu siedziało kilkanaście osób. Stół zakryty był licznymi talerzykami, pełnymi wędlin i sałatek, kubeczkami i butelkami co świadczyło o nader żywej debacie toczącej się wewnątrz. Na honorowym miejscu siedziała starsza kobieta żywo gestykulując. Po chwili wszyscy zebrani ryknęli gromkim śmiechem i unieśli do góry kubeczki. - Na zdrowie! - krzyknęli rozbawieni, po czym wznieśli dzielnie toast. Obok na małym biurku dzwonił telefon ale nikt nie zwracał na niego uwagi.
Przyglądałem się przez chwilę celebracji wzdychając, że też u nas w firmie nie ma takich udanych zebrań po czym uniosłem się nad budynek. Cholerny telefon nie przestawał dzwonić. Zastanawiałem się co robić. Może wrócić nad bloki i postraszyć znowu robola? A może cofnąć się nad ogródki i dołączyć do eksperymentów?
Ocknąłem się w biurze, telefon warczał przeraźliwie. Podniosłem słuchawkę i wysłuchałem skarg rozwścieczonego klienta. Najwyraźniej ledwo co opuścił miejscowy urząd bo ze złości gubił wyrazy w zdaniach. Czas wrócić do swoich papierków, telefonów i popsutych urządzeń biurowych. Kolejny udany dzień ku chwale biurokracji.
Gdy kończyłem lekturę Shuty był już wszędzie: w dziennikach, w tygodnikach, w radio, w telewizji, odbierając paszporty, udzielając wywiadów. Zaczęły się mrożące ślinę w ustach opowieści o biczowaniu się parówkami, o konsumpcjonizmie i ogólnie, że hamburger jest be a golonko cacy.