Biurowo
- Szczegóły
- Jarek
Siedzę w pracy. Komputer włączony, jego jednostajny szum dość skutecznie usypia. Odruchowo zatem sięgam po kawę aby się obudzić. Gapię się w monitor, całkiem intensywnie i łapczywie połykam niebieskie chmurki wraz z zieloną trawką, umieszczone na tapecie. W tak pochmurny dzień jak dziś, ten wyidealizowany obrazek działa jak narkotyk. Człowiekowi się lepiej myśli. Marzę o tym, by znaleźć się w jakimś piwnym ogródku i sączyć chmielowe wywary, myśląc o niczym. Nie jest to może zbyt konstruktywne ale czy ja się deklarowałem, że chcę ratować wszechświat? Pochmurne myśli dotyczące umierania za miliony przesłoniły mi na chwilę radosną ciszę tego poranka. Zbiegło się to w czasie z pierwszą tego dnia wizytą w mej pustelni.
O naturo złowroga! Siło niezbadana rządząca kablami telefonicznymi i tonerem do kserokopiarki! Wkraczasz przemocą w mą niezmąconą duchową lewitację stukając o ziemię ciężkimi butami księgowej. Twój głos żądający kolejnej ryzy papieru niszczy tak misternie utkaną sieć mojej nieobecności. Cóż za świętokradztwo! Cholera, mam nadzieję, że papier jeszcze został.
Wyrwany z nicości odczuwam niemal fizyczny ból podnosząc się z mego wygodnego czarnego fotela. Odczuwam lęk myśląc o rachunku jaki wystawią nam przyszłe pokolenia za brak dbałości o ekologię. Bo czyż moralnym jest by niszczyć drzewa, tych wspaniałych i niewzruszonych świadków historii po to tylko by z ich wnętrzności powstał twór śnieżno biały o gramaturze 80g/m2?
Chocholi taniec papieru i księgowej tworzy małego bożka współczesnego świata, któremu na imię faktura korygująca. Czcimy tego bożka choć niewiele o nim wiemy, księgowe trzymają szczegóły w tajemnicy.
Widziałem raz jak odprawiały modły. Ubrane w proste czarne spódnice i przyciasne garsonki, przystrojone spinaczami szły w procesji dziękczynnej. Pierwsza szła główna księgowa dzierżąc w dłoniach tę ich świętą księgę "Ust. o Rach.". Pozostałe dwie niosły dary do złożenia na ołtarzu wielkiego segregatora: termos z kawą, niskokaloryczny jogurt owocowy i protokół kontroli urzędu skarbowego. Zamknęły się w pokoju na klucz i tam zapewne oddawały się z pasją swym pogańskim rozrywkom.
Poczułem się wypluty, kręciło mi się w głowie, czułem, że niespokojne sumienie będzie teraz zbierać swe żniwo. Dzień rozkręcał się swą zwykłą falą żarłocznej korespondencji elektronicznej oferując viagrę za pół ceny i chińskie piórniki szkolne. Najwyższy czas ruszyć w wir pracy, wysłać oferty do klientów, zadrukować kilka kartek i pogadać z magazynierem o cyckach. Sumienie było teraz wielkim gongiem, w który walił bez opamiętania równie potężny zawodnik sumo. Miarowy rytm uderzeń atakował przez skroń i wbijał się głęboko w czaszkę, miażdżąc delikatne tkanki mózgu. O naturo przewrotna! Jakże zdradziecko wiążesz swoje ofiary z pracą biurową, depczesz wyższe wartości na rzecz obsługi drukarki atramentowej. Ale nic to. Nauczę się żyć z tobą i może cię nawet kiedyś polubię, problem w tym jak załatwić tego gościa od sumo. Póki co, trzeba skończyć ofertę i pomyśleć o śniadaniu. Tak, śniadanie uciszy podłości świata i natchnie mnie nową energią. Wówczas może uda mi się rozwiązać zagadkę realności - znów jakiś buc podprowadził mi zszywki...
Trudno mi było nie podejść do tej płyty bez żadnych oczekiwań. Zważywszy na nazwiska Matheosa i Moore’a, człowiek automatycznie spodziewa się czegoś wyjątkowego. Pierwszy z wymienionych panów od dawna niestrudzenie stoi na czele prog-metalowych prekursorów z Fates Warning, drugi przed laty opuścił osiadły na twórczej mieliźnie okręt o nazwie Dream Theater. O ile Matheos w swej pobocznej działalności nigdy nie oddalił się zbytnio od macierzystej kapeli, o tyle Moore dość radykalnie zerwał z przeszłością i zajął się, jak sam to określa, „elektroniczną muzyką awangardową”, którą uprawia pod szyldem Chroma Key. Teoria mówi, że działania takich osobowości powinny przynieść obiecujące efekty...